

nie za specjalnie lubię niemców. jakiś niesmak historyczny.
ale szacunek i pokorę wykazuję, kiedy mam do czynienia z prawdziwym talentem. szkoda, że to nie blog komiksowy - bo bym rzucił pięknymi przykładami niemieckich opowieści rysunkowych. ale mniejsza o to. my o muzyce tu. a pojawił się niemiec, który rozłożył mnie na drobne kawałeczki i teraz się zbieram tak od paru dni i nie mogę.
Leonard Ritter znany jako Paniq. człowiek wszechstronny: grafik, pisarz, koder dem (szczelam, że atari...) no i muzyk - kompozytor.
na pierwszy rzut ucha (album: story of ohm) wydaje się, że siepacz z technoparty. zaczyna się jak bania u cygana. ale z czasem dochodzi do nas cała gama genialnych zabiegów, myków, haczyków, kwiatków dźwiękowych, niebanalnych lini melodycznych i złamanego beatu z wykręcanym we wszystkie strony echem, pogłosem, fikusiem pikusiem. w tej muzyce jest coś z jakiejś diabelskiej układanki, coś z cube i ukrytych w nim tnących strun. wszystko sterylne, czasami plastykowe, momentami do bólu słychać halę techno, ale tylko po to by za sekundę dopierdolić jakimś wkrętem rodem z binarpilota albo chemical bros. lost known good configuration
album lost known good configuration to zaś elektro w najszlachetniejszej postaci. wielka rzecz. słychać lata osiemdziesiąte, jest 8bit, jest melodia. mniam mniam.
może się nie spodobać. komuś kto boi się odczekać chwilę i dać się pociąć na kawałki. niektórzy idą w zaparte i nawet nie zaczynają. niech żałują. ja tam sobie zrobiłem tydzień z niemcem.
edit. dziś rano paniq napisał do mnie. zaprosił też do znajomych na jamendo. znaczy się: nie dość, że zajebisty muzyk, to jeszcze równy chłop.
no i to się nazywa dbanie o fanów:)


